Menu

Wywiad z Barbarą Pawłowską

  • 06.06.2016

Barbara Pawłowska - dziennikarka, reporterka, dokumentalistka, liderka. Od 30 lat związana z Telewizją Polską. 

Czym dla Ciebie jest sukces?

Sukces to mieć szczęście, by na odpowiednim etapie życia znaleźć się w odpowiednim dla siebie miejscu. Bo wiadomo, że w każdym wieku mamy inne pojęcie szczęścia, inne marzenia, inne talenty. I że ujawniają się one lub nie, w zależności od okoliczności.  Jako dziecko miałam różne talenty, dobry słuch po tacie, śmiałość po mamie. Lubiłam występować, zarówno na rodzinnych weselach jak i na akademiach w szkole. Śpiewałam w chórze. Do czasu... pierwszej wpadki. W powiatowym konkursie piosenki radzieckiej, który odbywał się w remizie strażackiej w Sulejówku, zacięłam się i głos ugrzązł mi w gardle. Poczucie wstydu i obciachu przed kolegami sparaliżowało mnie i płakałam chyba przez tydzień, bojąc się wyjść z domu. Szybko znalazłam pocieszenie w sporcie. Oboje rodzice grali w siatkówkę amatorsko, a brat trafił do kadry Polski młodzików. Też tak chciałam. Najbliższy klub, w którym mogłam trenować był w sąsiednim miasteczku. Klub wojskowy Kadra Rembertów. Tu trafiłam. Szkolenie wojskowe szybko nauczyło mnie gry. Jednak już na zawsze był to tylko poziom trzecioligowy. Grałam całe studia, zdobywałam medale. Uniwersytet Warszawski był wtedy najlepszą drużyną uczelnianą w Polsce. Po raz pierwszy wówczas wyjechałam za granicę, do Szwecji na obóz kondycyjny. Świetnie się czułam w zespole. To były takie pierwsze sukcesy.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się wziąć udział w akcji "Jestem KOBIETĄ SUKCESU. Sama definiuję swój SUKCES"?

Zostałam zaproszona do udziału. Myślę, że to też mój sukces, że ktoś mnie zauważył, docenił. Nie można odmawiać w takim momencie.

Jaka była Twoja droga do sukcesu?

Nie odbieram mojego życia, jako drogi do sukcesu, bo całe życie składa się z porażek i sukcesów. Więcej jednak miałam powodów do radości niż zmartwień, choć tych ostatnich też nie brakowało. Na studiach pracowałam w wolnych chwilach, jako kelnerka w kawiarni w Łazienkach. Mój chłopak napisał o tym artykuł do pisma studenckiego ITD i rozpętała się afera, że zdradziłam koleżanki kelnerki. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, jaką siłą jest dziennikarstwo, jaką władzą. Przypadkiem trafiłam do telewizji do redakcji programu „Dzień dobry w kręgu rodziny”. Przygotowywałam felietony dotyczące wychowania dzieci. Uczyłam się szybko. Robiłam wiele rzeczy: byłam redaktorem, prowadzącą program, reporterką, wydawcą programów. Miałam okazję poznać telewizję z różnych stron. W roli gwiazdy nie czułam się dobrze, ale po drugiej stronie kamery - jak ryba w wodzie. Wybrałam reportaż, z czasem dokument. Moją pracę w telewizji przerwał stan wojenny. Siedziałam w domu, ale chciałam zarabiać i coś robić. I wtedy doznałam olśnienia. Przecież babcia i mama nauczyły mnie robić na drutach, wyszywać. W wolnych chwilach robiłam swetry dla rodziny i przyjaciół, w trudnych czasach nawet skarpety. I na tym etapie życia to był mój zawód. Założyłam firmę o wdzięcznej nazwie „Dziewiarstwo na drutach i szydełkach” i wstawiałam moje swetry do pierwszych w Polsce butików: na Chmielnej i na Tamce w Warszawie. Kilka najpiękniejszych trafiło nawet do kultowego w Londynie Hype-hype. Praca była „domowa”, czyli ile zrobiłam – tyle zarobiłam. To był też najlepszy moment na dziecko, urodziłam Natalię i to był najpiękniejszy dzień w życiu. Postanowiłam, że będę w domu jeszcze trzy lata, a potem zobaczymy. Nigdy nie czułam, że coś poświęcam dla dziecka, że tracę siebie, że się nie rozwijam. Odwrotnie. Uczyłam się być mamą. To w tym czasie nauczyłam się robić konfitury, marynować grzyby, kwasić kapustę i ogórki, robić kopytka, pierogi i różne inne rzeczy, bo czas był kryzysowy i niemal wszystko w sklepach na kartki. To był wtedy cały mój świat, zapomniałam, że istnieje inny.

Po trzech latach sobie jednak przypomniałam, dziecko poszło do przedszkola, a ja…wróciłam do telewizji. I była to już inna telewizja w innym czasie. Etat dostałam 89 roku i już na zawsze tu zostałam. Robiłam reportaże do „Telewizji nocą” i „Ekspresu Reporterów”. Tematy zawsze wybierałam takie by mieć jakąś misję do spełnienia, by pomóc innym. Ta praca to było to! Satysfakcja, sukces i przyjemność. Z czasem zaczęłam robić większe formy dokumentalne, których zwieńczeniem była 17-o odcinkowa seria dokumentalna „Przedszkolandia”. Znalazłam swoje miejsce na ziemi, przeskoczyłam „poprzeczkę” i … co dalej? I w tym momencie dostałam propozycję pokierowania redakcją filmu dokumentalnego Programu 1 Telewizji Polskiej. To dopiero było wyzwanie, które oczywiście podjęłam i zostałam Kierownikiem na ostatnie 10 zawodowych lat. Ktoś mógłby powiedzieć, że przestałam być twórcą, trafiłam do biura, ale ja myślę inaczej i nie żałuję. Przez te lata byłam szefem codziennego reporterskiego programu „Celownik”, miałam zaszczyt pracować z Elżbietą Jaworowicz – niekwestionowaną gwiazdą, przy której nawet szef musi odpuścić.

W mojej redakcji powstało wiele wybitnych filmów dokumentalnych najlepszych polskich reżyserów, m.in. Marcela Łozińskiego, Wojtka Staronia, Andrzeja Fidyka, Pawła Łozińskiego, Ewy Borzęckiej.

Jak dbasz o swój rozwój osobisty i/lub zawodowy?

Tak się złożyło, że moja praca zawodowa jest ściśle związana z moim rozwojem osobistym. Nie musiałam szukać spełnienia poza pracą. Miałam ten przywilej, że moim hobby była praca albo odwrotnie praca stała się moim hobby. To, co w domu było tylko uzupełnieniem i oddechem. No i zawsze bardzo ważny był w moim życiu sport. Trenowałam siatkówkę, grałam w badmintona, miałam tam swoich znajomych. Jeszcze trzy lata temu brałam udział w turnieju siatkarskim. Grałabym nadal, ale kontuzje nie pozwalają, bo wiek … jak najbardziej.

Co w sobie cenisz najbardziej ?

To, że mam dobry kontakt z ludźmi, mam w sobie dużo radości, potrafię zachować zimną krew w sytuacjach kryzysowych i że jestem dobrym człowiekiem.

Jaką myśl, radę, inspirację przekazałabyś innym kobietom?

Cieszyć się życiem i na każdym etapie życia umieć znaleźć swoje miejsce na ziemi. Ja jestem teraz w miejscu, w którym mogłabym swoją wiedzę przekazywać młodym, taką prace chciałabym podjąć.  Pokochałam gotowanie, pieczenie, w każdą sobotę i niedzielę robię rodzinny obiad i uwielbiam to. No i wreszcie mam wnuka, z którym chodzę do kina, teatru, składam konstrukcje z klocków lego, czytamy książki, prowadzimy wielogodzinne rozmowy o życiu. Znów mam szczęście, bo to odpowiedni na to czas.